fbpx

Proces projektowania jest jak tort – rozmowa z Dobruchną Chruścielewską, cz. 2

Proces projektowania jest jak tort. Rozmowa z Dobruchną Chruścielewską
Proces projektowania jest jak tort. Najpierw trzeba zbudować strukturę, a dopiero potem można kłaść lukier i ozdoby.

Rozmawiała: Olga Detlaf

Minimalizm jest ostatnio jednym z popularniejszych trendów. W swych założeniach kojarzy mi się nieco z tym, co mówiła Pani o obserwowaniu swojej relacji z przestrzenią i otaczającymi nas przedmiotami, a także o świadomym kształtowaniu tej przestrzeni. Czy projektując wnętrza, inspiruje się Pani minimalizmem?

Minimalizm w architekturze czy w architekturze wnętrz to styl, który wymaga od architektury i materiałów doskonałej jakości. Ponieważ minimalizm broni się wyłącznie materiałem, formą i proporcją. Dlatego dobrze zaprojektowane wnętrze minimalistyczne wymaga dużych nakładów pieniężnych na etapie realizacji.

Minimalizm to nie jest styl dla każdego, a właściwie to nie jest styl dla większości z nas. Uważam, że trzeba zawsze znaleźć pewien rodzaj równowagi i słuchać wewnętrznego głosu rozsądku. Pamiętam, jak jedna z moich klientek przyniosła mi kiedyś zdjęcie przepięknej minimalistycznej kuchni. Obydwie się nią zachwycałyśmy. Dopiero po jakimś czasie odnalazłam architekta i rezydencję, w której ta kuchnia się znajdowała. Okazało się, że to była jedna z dwóch kuchni. To była ta “ładna kuchnia”, którą się pokazuje. Natomiast za nią znajdowała się tzw. “brudna kuchnia”, w której odbywa się życie – swoją drogą prowadzona przez zawodowego kucharza i armię pokojówek. I z minimalizmem trochę tak właśnie jest – świetnie wygląda na zdjęciach, ale wymaga olbrzymiej dyscypliny (i pieniędzy).

W ramach minimalizmu estetycznego wszystkim moim klientom staram się zaprojektować maksymalną ilość miejsca na przechowywanie, najlepiej w formie zamykanych szaf i bibliotek. Bo w zagraconych i nieuporządkowanych przestrzeniach źle się żyje. A ja staram się tworzyć przestrzenie dla ludzi, w skali człowieka. 

Często zbyt dużo uwagi poświęcamy dekoracji, a za mało projektowaniu. Zapominamy o funkcjonalności wnętrz. Myślimy o tym, jaki fotel kupimy, a już nie, gdzie pochowamy nasze dokumenty. To prosta droga do estetycznej katastrofy, ponieważ w pewnym momencie na tych pięknych fotelach czy modnych otwartych półkach nagle mamy stosy dokumentów i wątpliwie ładnych przedmiotów, z którymi nie za bardzo wiemy, co zrobić.

Mój minimalizm – w takim wydaniu domowym, codziennym i wykonalnym – polega na tym, że staram się stworzyć bazę, która jest “czysta”. Dzięki takiej bazie możemy potem dowolnie zmieniać dekoracje i to nadal wygląda spójnie. Proces projektowania jest jak tort. Najpierw trzeba odpowiednio zbudować strukturę, a dopiero potem można kłaść lukier i ozdoby. Zawsze w takiej kolejność. I tak staramy się projektować.

Czy klienci wprowadzają się do domu dopiero wtedy, gdy postawi Pani tę wisienkę na torcie, czy zdarza się, że uczestniczą “na żywo” w procesie projektowania, mieszkając w przestrzeni, którą dopiero Pani tworzy?

To zależy od wielu czynników. Czy mają gdzie mieszkać, czy już pozbyli się poprzedniej nieruchomości. Jak sprawnie radzi sobie ekipa remontowa. Jak duże są opóźnienia w dostawach materiałów wykończeniowych, itd. Mam klientów, którzy czekają do ostatniego momentu, co jest fantastyczne – wtedy wszystko jest nowe, świeże i może stać na swoich idealnych miejscach. Zdarzają się także klienci, którzy wprowadzają się na etapie, w którym są np. kuchnia, łazienka i podłogi. Dalej pracujemy już “w domowych pieleszach”. Co też jest fajne.

Gdy nie korzysta się z pomocy architekta wnętrz, proces aranżacji mieszkania praktycznie nigdy się nie kończy. Życie weryfikuje różne nasze pomysły, czasem wpadamy na nowe, praktyczniejsze rozwiązania. Jak to wygląda w momencie, gdy na zaprojektowanie mieszkania przeznaczamy duże nakłady czasu i pieniędzy? Czy klienci odczuwają potem potrzebę zmiany?

To zależy od człowieka. Mam klientów, którzy nie zmienili w swojej nieruchomości nic, ponieważ nie czują takiej potrzeby. Stwierdzili, że raz stworzyliśmy wnętrze, które odpowiada ich potrzebom oraz gustom i to wystarczy. 

Natomiast są klienci, którzy potrzebują zmian. Chociażby dlatego, że ich dzieci wyrosły i dawne przedszkolne pokoje muszą spełniać inne funkcje. Albo zmienił się charakter ich pracy i zamiast pokoju gościnnego potrzebują biura. 

W tym miejscu musimy sobie zdefiniować, czym jest mityczna i namiętnie przywoływana w artykułach wnętrzarskich “ponadczasowość”. Jeśli ponadczasowe wnętrze to takie, które cały czas się nam podoba, to istnieje może wnętrze ponadczasowe w takim wymiarze, że niektórzy ludzie rzeczywiście mało się zmieniają i nie potrzebują zmian, ponieważ w ich życiu są inne obszary, na których się skupiają.

Natomiast jeśli ponadczasowość to ma być coś, co opiera się trendom i zmianom, to ja nie wierzę, że istnieje takie wnętrze. I bardzo dobrze! Bo zmiany są dobre. Oczywiście nie w takim tempie, w jakim odbywają się komercyjnie. Zmiany są dobre dlatego, że dzięki nim możemy się rozwijać. Bo my się zmieniamy – zmieniają się nasze preferencje, część z nas uwrażliwia się estetycznie, część zmienia całkowicie swoje życie i potrzebuje, by te zmiany odzwierciedlała także przestrzeń.

Możemy starać się stworzyć wnętrze trendoodporne w pewnym zakresie – stworzyć neutralną bazę, dzięki czemu łatwiej nam będzie wymieniać dodatki. Natomiast nie wierzę, że istnieje wnętrze ponadczasowe, które byłoby całkowicie trendoodporne. Całe szczęście, bo nie miałabym pracy (śmiech).

Czyli zmiany, zmiany, zmiany.

Tak jest. Chociaż mam wrażenie, że część ludzi wprowadza zmiany nie dlatego, że są one rzeczywiście potrzebne, tylko dlatego, że nie potrafią rozpoznać, co tak naprawdę im przeszkadza. Wydaje im się, że winna jest kanapa lub komoda, a tak naprawdę problem leży gdzie indziej. Na przykład funkcja, którą powinna pełnić przestrzeń, została błędnie rozpoznana albo wyburzyliśmy za dużo lub za mało ściany. W takim przypadku wymiana kanapy czy zmiana koloru ścian nic niczego nie rozwiązuje.

Większość z nas dysponuje niewielkimi przestrzeniami, które stawiają przed nami mnóstwo wyzwań. Nie da się przenieść rozwiązania ze zdjęcia rezydencji z internetu jeden do jednego, ponieważ nie mamy w zanadrzu kolejnych 200 metrów, żeby poupakowywać tam inne, niezbędne do życia funkcje. Dlatego często miotamy się i próbujemy zmieniać rzeczy, które są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, podczas gdy prawdziwe problemy są dużo głębsze – strukturalne i funkcjonalne. A żeby taki problem naprawić, najpierw trzeba zdać sobie z niego sprawę.

Jak nabyć taką samoświadomość? Ludzie często podejmują decyzje “na automacie”, pamiętając swoje upodobania z przeszłości, których od dawna nie aktualizowali. Nie zastanawiają się, dlaczego w jednym wnętrzu czują się dobrze, a w drugim źle, dlaczego jedne materiały sprawiają im większą przyjemność, a drugie mniejszą. Bez takiej samowiedzy trudno jednak stworzyć przestrzeń, która naprawdę zaspokoi wszystkie nasze potrzeby i nie będzie dla nas źródłem codziennego stresu. Jak się na to uwrażliwić?

Jak już wspominałam, często to, co nam się podoba (albo wydaje nam się, że się nam podoba), to wcale nie jest to, w czym się dobrze czujemy. Urządzenie przestrzeni zgodnie z nabytymi upodobaniami do koloru czy dekoracji niekoniecznie sprawi, że nasz mózg będzie się w niej dobrze czuł.

Uwrażliwianie się na estetykę przestrzeni to proces. I tak jak każdy proces, musi rozpocząć się od uświadomienia sobie, że mamy z tym problem.

Są ludzie, którzy żyją w przestrzeniach, które znakomita większość określiłaby jako brzydkie, a właścicielom się podobają i nie czują potrzeby zmian. Są też tacy, którzy czują, że coś jest nie tak – oni będą poszukiwali swojej estetyki i drążyli temat, by poznać swoje upodobania.

Dobrze by było, żeby ten proces rozpoczął się już na etapie szkoły. Jestem wielką orędowniczką tego, żebyśmy więcej uczyli się o sztuce, o proporcjach, o kolorze. Żeby dzięki tym zajęciom dzieci nabyły wiedzę, która pomoże im w dalszych poszukiwaniach estetycznych. Bo często jest tak, że wychowywane są w przestrzeniach, które ładne nie są – a to ma wpływ nie tylko na ich życie, ale także na życie nas wszystkich. Otaczają nas wybory innych – elewacje, płoty, kolory klatek schodowych – i bardzo konkretnie wpływają na nasz komfort. 

W osobistej podróży estetycznej warto zacząć obserwować – oglądać zdjęcia wnętrz, przyglądać się proporcjom, relacjom przedmiotów i wzorów. Szukać “swoich” przestrzeni.

Podczas procesu projektowego, gdy ustalamy preferencje estetyczne klienta, prosimy go o podział zdjęć z inspiracjami na dwie kupki: “podoba mi się” i “nie podoba mi się”. Dalej pracujemy na kupce “podoba mi się” i kiedy pytam – “co wam się konkretnie podoba na tych zdjęciach?”, klienci prawie zawsze mają problem, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Gdy następnie pytam – “a co wam się nie podoba?” klienci z łatwością udzielają odpowiedzi. Często okazuje się, że na zdjęciu, które zostawiliśmy w kupce “podoba mi się”, jedyną rzeczą, która tak naprawdę się podoba, jest np. duże okno i ładne światło, które wpadało do tego wnętrza.

Reasumując: poszukując swojej świadomości estetycznej, musimy dużo obserwować i podchodzić z pewnym krytycyzmem do tego, na co patrzymy. Przyjdzie moment, w którym ten głos się w nas wyrobi. Trzeba też przyzwyczaić się do myśli, że możemy się pomylić i że ciągle się zmieniamy. Jesteśmy tylko ludźmi.

Gdyby miała Pani możliwość spełnienia jednego życzenia, które ułatwiłoby pracę projektantom wnętrz, co to by było? Co chciałaby pani, żeby ludzie wiedzieli, rozumieli albo w sobie rozwijali? Co by się w ludziach musiało zmienić, żeby architektom wnętrz było łatwiej pracować?

Chciałabym, żeby Polacy byli trochę bardziej otwarci na indywidualność. To zdumiewające, że w kraju, w którym każdy ma swoją opinię na każdy temat, znakomita większość w erze glamour pokochała kryształy, a w erze industrialu białą cegłę.

Mam wrażenie, że brakuje nam odrobiny szaleństwa. Być może wynika to właśnie z tego, że mamy za mało kontaktu ze sztuką. Z abstrakcją, która nie jest użytkowa.

Dużo trudniej namówić klientów w Polsce na rzeczy niestandardowe. Polacy łatwiej decydują się na coś, jeżeli ktoś inny już to ma. Chciałabym, żeby odważyli się wyrażać siebie także poprzez wnętrza.

Powoli zarysowuje się więc spójna recepta – musimy poznać lepiej samych siebie, nauczyć się obserwować swoją relację z przestrzenią i badać, jak się w niej czujemy, jednocześnie nie oglądając się na innych.

Powinniśmy też gromadzić ważne przedmioty, które będą z nami przez życie podróżowały.

Zauważyłam, i to jest dosyć smutne, że czasem klienci przenoszą się z jednej przestrzeni do drugiej i nie biorą ze sobą żadnego mebla, obrazu… wszystko zostawiają za sobą. Tak jakby odcinali tamten okres swojego życia i przenosili się do nowego. A przecież życie to jest pewna kontynuacja. W tych przedmiotach zaklęte są wspomnienia.

Znajdźmy w życiu miejsce na kilka unikalnych przedmiotów dobrej jakości, które będą nam towarzyszyć. Wtedy każda przestrzeń, którą będziemy zamieszkiwać, stanie się prawdziwie nasza. Będziemy czuć się w niej bezpiecznie i komfortowo. To nie będzie wnętrze, w którym może zamieszkać każdy, ponieważ pełne będzie przedmiotów, które mają wartość właśnie dla Ciebie.

Ciąg dalszy rozmowy przeczytasz tutaj:
https://nest-design.eu/blog/wszystkie/zanim-kupisz-mieszkanie-poznaj-swoj-styl-rozmowa-z-dobruchna-chruscielewska-cz-3/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna używa ciasteczek, korzystanie ze strony oznacza akceptację polityki prywatności i plików cookies.